Był kronikarzem mrocznych rewirów, zbieraczem miejskich legend, których nikt nie mógł sprawdzić, gdyż nie było o nich wzmianki w żadnych archiwach czy parafialnych księgach. Gdyby jeszcze zajmowały go zamierzchłe dzieje, ale nie. Karol postanowił zająć się historią najnowszą. Jego uwadze nie uszło wynajęcie domu na uboczu w celu kręcenia w nim filmów dla dorosłych, ani też pojawienie się dwóch Kubanek w klubie nocnym „Dalia”, które szczególnie ciepło zostały przyjęte przez maturzystów z liceum ojców Pijarów. Wprowadził nawet swego człowieka w harcerskie szeregi, dzięki czemu wywiedział się o funkcjonującej pod przykrywką harcówki szulerni, w której młodzież próbuje swych sił w pokerze, odmiana teksański klincz. Wierny maksymie - zbierał ułomki, tam znajdziesz dziejopis, starał się dotrzeć ze swymi rewelacjami do szerokiego audytorium. Zamiast aplauzu i miana miejskiego kronikarza, uznano go za odszczepieńca kalającego własne gniazdo. Dla zatarcia złego wrażenia postanowił zostać przewodnikiem PTTK-u. Paradując w czerwonej kurtce z odznaką w klapie i parasolką, pokazywał turystom dawne kościelne utensylia i jedynie słuszne miejsca pamięci i męczeństwa. Jednak, ile byś wilka nie karmił, on zawsze w las patrzy. Tak też było z naszym bohaterem. Karol widząc, że zwiedzający ziewa pod kolejnym pomnikiem ku czci, stworzył autorski przewodnik po zaułkach rodzinnego miasta.

Trasy były różne zależne od upodobań i zasobności portfela klienta. Dla masowego odbiorcy, w pakiecie dostępnym na Kartę Dużej Rodziny przygotował szlak familijny, w którym najważniejszym punktem była wizyta w tutejszych slamsach z gwoździem programu w postaci awantury domowej z udziałem Zenka i jego żony Zofii. Mężczyzna w żonobijce, z siekierą w garści gonił swoją połowicę, zarzucając jej zdradę z sąsiadem trudniącym się pokątnym wyrobem bimbru, opcja z konsumpcją tylko dla pełnoletnich.

Dla miłośników opowieści z dreszczykiem organizował wyprawy do podmiejskiego lasu, w którym stałym punktem było złożenie kwiatów pod pergolą, ulubionym miejscem wisielców. Opcjonalnie nasz przewodnik zapraszał do schronu, gdzie straszył duch pierwszego sekretarza PZPR, który po wyprowadzeniu sztandaru zszedł do podziemia i tam został. Warto było zobaczyć emerytowanego sekretarza ubranego w waciak i maskę gazową typu „słoń” goniącego popiskujące turystki.

Największym zainteresowaniem cieszyła się jednak oferta wieczorów kawalerskich i panieńskich. Dla koneserów sztuki przygotował wysublimowany pakiet żywych obrazów wzorowanych na dziełach wielkich mistrzów nadając im lokalnego kolorytu. Panowie w szczególności upodobali sobie Porwanie Sabinek, przy czym jako porywane obsadził pełnoletnie dziewczyny z sekcji gimnastyczne klubu „Tęcza”. W skromniejszej wersji oferował Taniec Salome, tylko bez dekapitacji Jana Chrzciciela. Głowę w misie zastąpiono maską paper mache z wizerunkiem przeszłej teściowej. Na wieczór panieński miał zarezerwowaną ekskursję po parku, w którym miał grasować ekshibicjonista. W tej roli wystąpił aktor filmów dla dorosłych z domku na uboczu.

Sporządził również pakiety branżowe. Tu najlepiej sprzedawały się imprezy masowe typu parady i pikiety.

Oferta dla narodowców przewidywała marsz z pochodniami, z gaszenie świec chanukowych pod odrestaurowaną synagogą oraz opcjonalnie z paleniem unijnych flag na odnowionymi za brukselskie srebrniki bulwarach, a dla pseudokibiców udział w ustawce. Tu dbając o bezpieczeństwo i higienę pracy, zamiast ostrych narzędzi, kibole wykorzystywali dmuchane maczety i miecze z gry minecraft. Najdroższą wersję VIP-owską przygotował dla członków kół łowieckich. Im oferował paintball, przy czym myśliwskie ambony ustawił przed domem starców, a za zwierzynę, do której strzelano żelowymi kulkami posłużyli pensjonariusze.

Łowy skończyły się w momencie, kiedy jeden z myśliwych za cel obrał sobie niepozornego staruszka. Tym okazał się rotmistrz Ułanów Jazłowieckich. Trafienie w pidżamę, dawny kawalerzysta uznał za zniewagę, którą może zmyć jedynie szarża na pozycję wroga. Wydobył więc spod łóżka przechowywaną obok nocnika, ułańską szablę, odrzucił chodzik i ruszył z obnażoną bronią na napastników. Jego ataku nie powstrzymała nawet rejterada myśliwych, którzy trąbiąc na plesówkach sygnał do odwrotu, umknęli w knieję.

Wyczyn wiekowego kawalerzysty, który przy tej okazji niemiłosiernie wypłazował gajowego, na powrót rozsławił nasze miasteczko. Dla Karola oznaczało to jednak, nie tylko koniec intratnego biznesu, ale groźbę odsiadki. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast wezwania do sądu otrzymał oficjalnie pismo UNESCO oferujące objęcie ochroną jego oferty turystycznej jako niematerialnego dziedzictwa kulturowego regionu i wpisanie na listę światowego dziedzictwa kultury.

W ten sposób pan Zenek w żonobijce został uznany, za jednego z ostatnich autochtonów pielęgnujących tutejsze zwyczaje godowe. Jego żonę Zofię zakwalifikowano jako ucieleśnienie walczącego feminizmu, archetyp kobiety, która od stuleci zmaga się z męską dominacją. Z kolei wyrabiany przez tubylców samogon zaliczono w poczet produktów regionalnych, opatrzono unijnymi certyfikatami i wysłano na targi Vinexpo w Paryżu.

Wyjącego w schronie sekretarza przedstawiano jako ostatniego osobnika ginącego gatunku decydentów, którzy kiedyś rządzili, a dziś zdmuchnięci przez wiatr historii ukryli się pod podziemią.

Porywanie dziewcząt w trakcie wieczorów kawalerskich uznano za wkład tutejszej społeczności w kultywowanie prasłowiańskich obrzędów związanych z Nocą Kupały. Marsze narodowców z pochodniami okrzyknięto przejawem zachowanej w nieskażonej formie demokracji wiecowej charakterystycznej dla wspólnot plemiennych. Poradzono sobie nawet z ustawkami kibiców, którzy teraz jako grupy rekonstrukcyjne odtwarzali według zapotrzebowania, a to bitwę pod Cedynią, zwycięstwo pod Grunwaldem czy nawet obronę Poczty Gdańskiej.

Myśliwych przekonano, by zajęli się inscenizowaniem staropolskich łowów z nagonką, forysiami i szczwaczami. Tylko mieszkańcy domu starców nie zgodzili się na obsadzenie ich w roli dziadów proszących. Za podpuszczeniem ułana jazłowieckiego oświadczyli, że swoją godność mają i żebrać pod kościół nie pójdą. Kompromisowo wciągnięto ich do oferty turystycznej jako korowód maszkar wodzący niedźwiedzia. Staruszkowie z ochotą wcieli się w postacie księdza, rzeźnika, diabła a nawet śmierci i ruszyli w miasto straszyć miejscowych i przejezdnych. No i dopiero teraz nasze miasteczko stało się naprawdę sławne.