Niedaleko magistratu, tuż obok sklepu mięsnego, mieści się instytucja, z której istnienia każdy się śmieje. Ale do czasu! Do czasu aż czegoś nie zgubi. Oto Biuro Rzeczy Zagubionych. Tylko bardzo proszę nie mylić z Biurem Rzeczy Znalezionych. Tam pracują optymiści. To tutaj najczęściej trafiają: druga skarpetka czy rękawiczka od pary, sens wczorajszej kłótni, pilot do telewizora który „jeszcze przed chwilą tu był”, młodzieńcze ideały, klucze i wiele, wiele innych zgub. Biuro działa bardzo sprawnie. Każda nieznaleziona czy nieznaleziony ma swoją teczkę, sygnaturę i pieczątkę „w trakcie poszukiwań”.

Biurokracja w urzędzie działa według prostej zasady: im bardziej coś zagubione, tym więcej papierologii. Bywa, że petent wychodzi z biura z całym zestawem formularzy do wypełnienia, które i tak na pewno wkrótce zgubi.

Trzeba podkreślić, że zguba to stworzenie bardzo sprytne. Nie znika, tylko przechodzi w inny wymiar, najczęściej w chwili gdy najbardziej jej potrzebujesz. Klucze teleportują się pięć minut przed wyjściem z domu, pilot od telewizora znika niczym w czarnej dziurze moment przed emisją ulubionego serialu, a skarpetki….jakby to powiedzieć… mam podejrzenie, że prowadzą podwójne życie.

Wchodzę do urzędu z przeczuciem, że znalezienie Mojego Człowieka będzie trudniejsze niż mi się wydawało. Od razu rzucił mi się w oczy napis:

 „Lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć”

a zaraz pod nim:

 „Czegoś nie zgubił tego nie znajdziesz”

Na pierwszy rzut oka Biuro wydaje się miejscem gdzie można zagubić nie tylko rzeczy, ale też czas, sens szukania zguby czy też logikę.

Za biurkiem siedzi pani Halina – strażniczka wszystkiego co zagubione. Okulary wiszą na łańcuszku, zza nich wyłania się surowy wzrok, na biurku ustawione pieczątki gotowe do akcji. Bo w Biurze Rzeczy Zagubionych nic nie istnieje naprawdę, dopóki nie zostanie opieczętowane.

Ustawiam się w kolejce.

- W czym mogę pomóc?  - głośno artykułuje Halina.

Pierwszy petent zgłasza zagubiony parasol.

- Kolor? – pyta urzędniczka.

- Czarny – odpowiada mężczyzna, który wydaje się bardziej zagubiony niż ten parasol.

- Oj mamy ze dwa regały czarnych parasoli. Może coś bardziej szczegółowego? – zapytała kobieta.

- Był ….mokry!

- O już lepiej! To zawęża poszukiwania do pięciuset sztuk – odparła zadowolona Halina po czym ruszyła w stronę regału z parasolami. Wyciągnęła jeden z nich, pokiwała głową
i szepnęła:

- Wiem, u kogo byłeś ostatnio, ale czy naprawdę chcesz tam wrócić?

Odłożyła przedmiot na miejsce i krzyknęła na odczepnego do mężczyzny:

- Nie ma tu pańskiej zguby!

Trzeba jeszcze zaznaczyć, że pani Halina z pieczołowitą starannością dba, żeby nie wszystko się znalazło. Gdyby bowiem wszystko odnaleziono, trzeba byłoby zamknąć biuro.

- Następny proszę! – Halina zaprasza kolejną osobę.

Niewysoka blondyneczka w średnim wieku mówi nieśmiało:

- Zgubiłam sens życia, ale nie wiem czy jest sens go szukać?

- A kiedy pani go zgubiła? – próbuje uściślić Halina.

- W 2015 roku – odpowiada kobieta.

Halina lewą ręką poprawia okulary, sprawdza katalog rzeczy zagubionych.

- Czy to wydarzyło się w 25 marca? – pyta nie odrywając wzroku od katalogu

- Być może. Nie pamiętam dokładnej daty – odpowiada blondynka.

- No to chyba odnalazła się zguba. Proszę udać się na do pokoju nr 5, tam na regale 15 pomiędzy zagubioną karierą muzyczną, a mało używanym rozsądkiem leży pani zguba– zadowolona z siebie mówi Halina – i proszę przygotować dowód tożsamości.

- A bez niego nie odzyskam swojego sensu życia? – pyta zaskoczona kobieta

- Proszę pani – krzyczy obruszona Halina – sens życia to nie parasol, że można go ot tak,  byle komu oddać.

            W magazynie do którego dostępu bronią metalowe drzwi, przechowane są zguby najcenniejsze: rozumy (nawet te pozjadane), nadzieje, pragnienia, motywacje itd…

Z kolei po lewej stronie, w pokoju nr 3, składowane są zguby,  po które raczej nikt się nie zgłosi. Są to przede wszystkim zgubione zbędne kilogramy i ogrom postanowień sprzed 10 stycznia:  „schudnę 20 kg”, „ będę uprawiać codziennie sport”, „nauczę się chińskiego” i różne takie tam…

W Biurze Rzeczy Zagubionych robi się luźniej. Zguby cichutko szeleszczą w półmroku. Lewa rękawiczka marzy o prawej. Prawa skarpetka chętnie przytuliłaby się do stopy, parasole (nie tylko czarne) wspominają deszcz. Motywacja do poniedziałku udaje, że jej nie ma. Zagubione marzenia pukają w ścianę.

Wreszcie moja kolej. Szczeknąłem najgłośniej jak potrafię:

- Zgubiłem kogoś bardzo ważnego. Najważniejszego! Zgubiłem Mojego Człowieka!

- Czy był zaczipowany? – pyta urzędniczka.

- Nie! Ale ma tatuaż za lewym uchem. To psia łapa. Poza tym posiada kartę lojalnościową do sklepu mięsnego.

- Proszę o więcej szczegółów.

- Jest mężczyzną w średnim wieku, ale bardzo nowoczesnym, opanował wiele komend,  posiada aplikację do liczenia kroków i wyrobioną opinię na temat cienkich parówek
 z okolicznych sklepów – powiedziałem dumnie.

- W co był ubrany?

- Piżama w paski, kapcie kratę, skarpetki w groszki. Na plecy zarzucona zimowa bordowa kurtka w kolorze wątróbki. W prawej kieszeni kurtki smaczki z kurczaka, w lewej – z wołowiny (a może odwrotnie)  – wzdycham, bo bardzo kocham Mojego Człowieka, ale gdyby jego gust był kością to zakopałbym go w parku i zapomniał o nim.

- Proszę iść za mną – mówi Halina i idzie długim korytarzem, a ja krok w krok za nią.

Otwiera jedne z drzwi po prawej stronie. W środku pomieszczenia widzę rzędy regałów. Na tym pierwszym z lewej, na trzeciej półce od góry (pomiędzy skórzanym butem z jednej strony, a serdelkiem, który zgubił mi się w poprzednim tygodniu) wciśnięty leży Mój Człowiek. Poznałem go po zapachu kawy i wczorajszej kanapki z szynką. Jest zadyszany,  czerwony na twarzy i  rozgląda się w panice po pomieszczeniu. Na czole ma przystawioną pieczątkę o treści: „odbiór tylko osobisty”.

Naprawdę muszę go pilnować! Bez smyczy zupełnie sobie nie radzi.

Od tamtego zdarzenia spacerujemy ostrożniej. Ja penetruję tylko krzaki sąsiadujące
 z chodnikiem i pilnuję, żeby On trzymał się mnie wystarczająco blisko.

ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA CZŁOWIEKA TO BARDZO POWAŻNA SPRAWA!

Azor